Barcelona – (nie)turboturystycznie

Ze względu na małą liczbę okazji do wyjazdu i odwrotnie dużą miejsc, które chcielibyśmy odwiedzić na świecie zwykle nie wracamy w żadne z nich po raz drugi. Mimo to im więcej podróżujemy tym więcej odkrywamy miejsc do których koniecznie chcielibyśmy powrócić, spędzić w nich trochę więcej czasu, zatrzymać się i nacieszyć. Z pewnością jest takim miejscem Barcelona. Gdy do jej atrakcji dodamy jeszcze to co oferuje cała Katalonia i okolice zdecydowanie warto spędzić tu nieco więcej czasu. Jeśli jeszcze dołożymy przyjaciół czekających właśnie w tym mieście – nie trzeba było na nas długo czekać.

Pierwszy raz w Barcelonie znaleźliśmy się blisko dwa lata wcześniej. Wtedy na pobyt daliśmy sobie pół tygodnia. Tempo iście „turbo-turystyczne”, wróciliśmy jednak zadowoleni i mimo wszystko nasyceni. Tym razem, dla odmiany, zaplanowaliśmy już praktycznie półtora tygodnia. Dużo więcej i gdyby nie pomysły na wyjazdy także poza Barcelonę, mogłoby to faktycznie być za długo. Zwłaszcza, że leżenie na plaży jest fajne, ale nie należymy do grona osób, które mogą wytrzymać taki sposób odpoczynku dłużej. Poprzedni wyjazd opisaliśmy już tutaj:  http://turboturysci.pl/barcelona-turboturystycznie/ – i jeśli chodzi o organizację wiele się, na szczęście, nie zmieniło – tym razem jednak zostaliśmy gośćmi już nie samego Konrada, gdyż w roli gospodyni wystąpiła też Ania. Obojgu za pomoc, tym razem z tego miejsca, serdecznie dziękujemy i życzymy powodzenia w Barcelonie. A co złego to nie my!

Na miejscu, w niedzielę wieczorem załapaliśmy się na oglądanie wspólnie z Ikerem, współlokatorem Ani i Konrada, końcówki finału piłkarskiego Copa del Rey (czyli Pucharu Hiszpanii) w którym udział brały FC Sevilla z naszym Grzegorzem Krychowiakiem w składzie oraz, a jakże by inaczej, FC Barceloną. Po dogrywce wygrywa Barcelona, co już samo w sobie, co traktujemy jako dobry znak naszego przyjazd (tak jakby FC Barcelona potrzebowała naszych odwiedzin by wygrywać puchary). Rano, ze względu na krótką odległość, wybraliśmy się na leniwy spacer w pobliże La Sagrady Famílii, bez większego planu i celów. I tak sobie spacerując dostajemy wiadomość od Konrada, by wybrać się na Camp Nou, gdzie ma się wieczorem odbyć feta związana z zakończeniem sezonu obfitującego w sukcesy FC Barcelony na krajowym podwórku (zdobycie tzw. dubletu czyli krajowego mistrzostwa i pucharu w jednym sezonie). Bilety mają być darmowe, warunkiem jest stawienie się w kasie po ich odbiór przed ich wyczerpaniem (na Camp Nou jest oficjalnie blisko sto tysięcy miejsca dla widzów). Poprzednio w trakcie krótkiego pobytu w Barcelonie nawet nie byliśmy na słynnym stadionie, a tym razem zanosi się na konkretne wydarzenie. Samo zdobycie biletów, też wiele mówi o współczesnym świecie. W dobie ustaw o imprezach masowych w Polsce, koniecznych kartach kibica z peselem, nazwiskiem i zdjęciem, z przypisanym do danej osoby miejscem na stadionie i obserwacją dowolnej osoby na stadionach z kilku kamer jednocześnie, w Hiszpanii na imprezę na której zjawiają się zawodnicy warci około 100 milionów Euro po prostu przychodzimy do kasy i prosimy pięć biletów. Po czym bardzo miła Pani je drukuje i wręcza zapraszając na wieczorną ceremonie na stadionie. No i właściwie to tyle.

Z biletami na ceremonię fetującą zdobycie dubletu Hiszpanii przez FC Barcelonę (w tle Camp Nou).
Z biletami na ceremonię fetującą zdobycie dubletu Hiszpanii przez FC Barcelonę (w tle Camp Nou).

Korzystając z okazji zwiedzamy okolicę stadionu. A na popołudnie wracamy do knajpki „Tasca i Vins” na l’Eixample korzystając z ultra-tanich (pięć i pół € za 3-daniowy posiłek) lunchów po wyjątkowej przecenie w poniedziałki.

W Tasca i Vins.
W Tasca i Vins.

Feta na Camp Nou – o spełnianiu marzeń słów kilka

A wieczorem faktycznie udajemy się na fetę mistrzowską na Camp Nou. FC Barcelona to prawdziwa marka, klub znany na całym świecie nie tylko z racji fantastycznej drużyny piłkarskiej, ale także innych sekcji. Podczas fety mieliśmy okazję zobaczyć po kolei drużyny wszystkich sekcji, w tym hokejowej, piłki ręcznej (z naszym Kamilem Syprzakiem w składzie) oraz koszykówki. Niewiele rozumieliśmy z zapowiedzi komentującego ceremonię ale mogliśmy odnieść wrażenie, że Barcelona jest potęgą w każdej dyscyplinie (późniejsza weryfikacja tabel, na przykład ligi hokejowej dowodzi, że nie zawsze tak jest). Wspólna celebracja zawodników wszystkich sekcji i ich runda honorowa wokół stadionu jest wyrazem jedności klubu i koncentracji wokół wspólnych idei i symbolów. Nie ma co się jednak oszukiwać, wszyscy (choć stadion nie był zapełniony w 100%) zgromadzili się na miejscu czekając na drużynę piłkarzy, która pojawiła się jako ostatnia w pełnej oprawie i przy aplauzie całej publiczności. Wszyscy piłkarze wystąpili w koszulce klubowej z numerem 28 – symbolizującym 28. Puchar Hiszpanii zdobyty przez klub (rekord Hiszpanii). Głównym rozczarowaniem okazał się brak lidera Lionela Messiego (w drodze do Argentyny celem przygotowań na Copa America), czy Luisa Suáreza (odniósł kontuzję w finale Pucharu). Trzeba jednak przyznać, że mimo braku największej gwiazdy zestaw zawodników, który pojawił się na celebracji mimo to mógł wzbudzić emocje. Nie zabrakło przede wszystkim trenera Luis Enrique, czy kapitana Andrésa Iniesty czy brazyliskiej gwiazdy Neymara. Wszyscy główni aktorzy mieli okazję powiedzieć parę słów podziękowań do kibiców. A całość zakończył efektowny pokaz fajerwerków widocznych z trybun stadionu. Ciężko było sobie wyobrazić lepszy powrót do Barcelony.

P1040705

Jako zapalony kibic sportowy, od dziecka wychowany na futbolowych emocjach, meczach i treningach wizytę na Camp Nou muszę potraktować jako spełnienie dziecięcego marzenia. I jak w większości takich przypadków muszę przyznać, że spełnione marzenie ma też lekko gorzki posmak. Jako małe dziecko marzące o odwiedzinach Camp Nou nie spodziewałem się, że odniosę wrażenie iż stadion jest jakby przestarzały, ma wady w postaci braku widoczności górnych i dolnych sektorów trybun, jak również słabej widoczności samego boiska. Do tego strop sektorów trybun znajdujących się nad tobą sprawia wrażenie tymczasowego, jakby miał się zaraz zapaść. A w ogóle to u nas są ładniejsze stadiony. I nawet nie trzeba się ruszać z Gdańska. No i jakim prawem na stadion FC Barcelony mogliśmy wejść nie skontrolowani z plecakami skoro w Polsce na analogiczną imprezę bylibyśmy rewidowani co najmniej dwukrotnie. Ostatnie zdanie zostało napisane z lekkim przymrużeniem oka, ale fakt pozostaje – po raz kolejny okazało się, że fajnie jest mieć marzenia, a zupełnie co innego to je spełniać. No i ponieważ od moich lat dziecięcych ogromnie wiele się na świecie zmieniło, dziś niewątpliwie musimy docenić fakt, że w Polsce mamy w tej chwili chyba najładniejsze stadiony sportowe w Europie, wcale nie mamy się czego wstydzić i zazdrościć też nie musimy tak bardzo. A przypomnę jeszcze, że nie tak dawno Lechia zremisowała przecież na meczu w Gdańsku z Barceloną 2:2 – no i znów lekko się rozmarzam…

Gràcia

Odpoczynek na Plaça de la Vila de Gràcia
Odpoczynek na Plaça de la Vila de Gràcia

Następny dzień zaczęliśmy od spaceru po Gracii, najmniejszej i mocno niezależnej dzielnicy Barcelony, zamieszkanej przez ponad 100 tysięcy ludzi. Przyjemnie było wypocząć w zaciszu Plaça de la Vila de Gràcia obserwując dość leniwy tryb życia codziennego Katalończyków, jednak przy okazji chcieliśmy uzupełnić listę odwiedzonych przez nas obiektów autorstwa Antoniego Gaudíego powstałych w Barcelonie. W tym celu zawędrowaliśmy w kierunku Casa Vicens, jest to jego pierwsze tego typu dzieło w Barcelonie, dające wyraz późniejszej twórczości. I tu małe rozczarowanie, bo o ile na zdjęciach budynek wygląda całkiem okazale, w trakcie naszego pobytu niestety był w trakcie remontu kompletnie przysłonięty przez rusztowania. Po tym co zobaczyliśmy na odsłoniętych fragmentach oraz zdjęciach, wiemy że zdecydowanie warto się tu wybrać gdy remont zostanie zakończony. Dalej przeszliśmy się do Parku Güella, by tym razem zobaczyć jego wnętrza. Wstęp w dalszym ciągu jest płatny i w chwili naszych odwiedzin kosztował 7€. Na stronie http://www.parkguell.cat/en/buy-tickets/ istnieje możliwość zakupu biletów on-line, które na koniec są w formie PDF przesyłane na pocztę elektroniczną. Przy wejściu można okazać ich wzór (po dostępnym na bilecie kodzie QR) na telefonie komórkowym bez konieczności drukowania. Bilety są sprzedawane na konkretną godzinę odwiedzin i dają wówczas możliwość wejścia do parku przez 30 minut od jej rozpoczęcia. Warto zmieścić się w tym czasie, gdyż po przekroczeniu bram sama długość pobytu wewnątrz nie jest kontrolowana, a spóźnionym bilety mogą przepaść. Dobrym pomysłem jest też przybycie na miejsce nieco wcześniej, by na ostatnią chwilę nie biegać dookoła parku w poszukiwaniu właściwych bram (odnieśliśmy wrażenie, że nie są one idealnie oznaczone). Sam park najlepiej zwiedzać w godzinach porannych, gdy nie ma w nim jeszcze tylu turystów. Park niewątpliwie należy do miejsc niepowtarzalnych, którego nawet pospieszne zwiedzanie nie powinno skończyć się krócej niż po godzinie, kwestią sporną jest jednak czy 7€ to wygórowana cena. Na pewno jednak chętnych na odwiedziny w parku nie brakuje, my na pewno też nie żałujemy.

Standardowa pocztówka z Barny.
Standardowa pocztówka z Barny.

W labiryncie

Po powrocie z Parku Güella, za rekomendacją Ani i Konrada zahaczamy jeszcze o Parc del Laberint d’Horta (dojechać tam można linią L3 do stacji Mundet, a park znajduje się na prawo od campusu uniwersytetu), czyli urokliwy park, który zachwyca nas zadbanymi alejkami i ogrodami, starym pałacem wewnątrz, stawem w którym kąpią się nietypowe ryby ale też i żółw. Wielu rozpozna to miejsce, ze sceny zawartej w ekranizacji „Pachnidła”. My przede wszystkim jednak sporo czasu spędzamy próbując wydostać się z autentycznego labiryntu z żywopłotu. Przy okazji urządzamy sobie zawody, kto pierwszy wydostanie się na zewnątrz. Zdecydowanie trafiona rekomendacja miejsca, które warto odwiedzić.

Labirynt w Parc del Laberint d'Horta w całej okazałości.
Labirynt w Parc del Laberint d’Horta w całej okazałości.

W tym momencie uciekamy tak naprawdę nieco z Barcelony, o czym w innych miejscach. Na 3 dni lądujemy w Andorze, maleńkim księstwie na granicy Francji i Hiszpanii. Wracamy na noc, ale dzień spędzamy na wędrówkach po Mont-rebei, kolejny w Montserrat, który dla wielu jest nieodłączną atrakcją Barcelony (chociaż dotarcie tam z Barcelony nie jest znowu takie szybkie). W międzyczasie zresetowaliśmy się na plaży w Casteldefels, nie robiąc nic więcej poza leżeniem i sączeniem Sangrii. Po Andorze i Mont-rebei taki dzień też był nam potrzebny. Fakt jest taki, że po powrocie zostają nam dwa dni. Urlopy tak szybko się kończą…

Schemat transportu publicznego do Tibidabo.
Schemat transportu publicznego do Tibidabo.

Tibidabo

Temple Expiatori del Sagrat Cor na Tibidabo.
Temple Expiatori del Sagrat Cor na Tibidabo.

Przedostatni dzień pobytu zaczynamy przejażdżką na wzgórze Tibidabo. Transport na wzgórze odbywać się może na kilka sposobów, my skorzystaliśmy z opcji łączonej komunikacji miejskiej, tj. pociągu do stacji „Peu do Funicular”, dającej możliwość przesiadki na kolejkę linowo-terenową (funicular) do „Vallvidrera Superior”. Kawałeczek nad stacją jest przystanek autobusu 111, który już bez dalszych przesiadek wjeżdża na samo wzgórze (raz na 30 minut). Przy tej opcji nieoceniony okazał się bilet T10. Tibidabo słynie ze znajdującego się na wzgórzu parku rozrywki, którego główną atrakcją jest, że wygląda jakby żywcem wycięty z filmów sprzed kilkudziesięciu lat. Nie należy się spodziewać po nim mocnych wrażeń, poza turystami najłatwiej w nim spotkać rodziców z dziećmi. Ponadto na wzgórzu znajduje się kościół Sagrat Cor, z daleka przypominający paryskie Sacré-Cœur (obie to Bazyliki Najświętszego Serca) z bliska wygląda jednak zdecydowanie mniej imponująco. Turyści przybywają tu jednak w głównej mierze dla uzyskania widoku na Barcelonę. Dla nas jest to już któreś takie miejsce i pisząc szczerze nie wywarło już takiego wrażenia jak poprzednie. Może gdybyśmy Tibidabo odwiedzili na początku pobytu, byłoby inaczej?

 

We wnętrzu La Sagrada Família

Prawie na sam koniec skusiliśmy się też na wejście wewnątrz kościoła La Sagrada Família. Nie jest to tania przyjemność, bilet kosztuje 15€ od osoby. Bilety można nabyć tu: http://www.sagradafamilia.org/en/tickets/ i ich organizacja odbywa się podobnie jak za bilety wstępu do Parku Güella, tj. są przesyłane w formie PDF na pocztę elektroniczną i nie jest konieczne ich drukowanie, jeśli ma się przy sobie możliwość wyświetlenia biletu na urządzeniu mobilnym. Tu już zdecydowanie warto przyjść wcześniej przed wyznaczoną godziną gdyż wejścia są w okienkach 15 minutowych, a chętnych w kolejce jest wielu. Nie wiadomo co z tymi, którzy nie zdążą czekając w kolejce, ale lepiej tego nie sprawdzać, nam się udało.

Wnętrze La Sagrada familia - fot. 1.
Wnętrze La Sagrada familia – fot. 1.

Co do wnętrza kościoła to odbyliśmy już niejedną na ten temat dyskusje. Zdecydowanie nie jest to kościół pospolity, jednak po tak długim oczekiwaniu, opłacie i sławie jaką kościół ten zdobył, wyrobiliśmy sobie pewne oczekiwania na temat tego co spodziewamy się w nim zobaczyć. Niestety, prawdopodobnie za bardzo je rozbudziliśmy, gdyż na miejscu spotkało nas raczej rozczarowanie. Miejsca, w które chcielibyśmy wejść wewnątrz są zablokowane dla odwiedzin, na schody wejść nie wolno, turyści więc błąkają się dookoła, rozczarowanie podobne do naszego widać jednak tylko po niektórych z nich. Zdecydowanie najciekawszymi miejscami wydają się wystawy poświęcone charakterystycznym pomysłom Gaudiego z boku świątyni i jej podziemia, które pozwalają obejrzeć model i odlewy oraz sposób pracy inżynierów planujących kolejne kroki na wielkim placu budowy jakim w dalszym ciągu jest La Sagrada Familia. Ostatecznie ciężko nam odradzać innym wizytę w tym miejscu. Na pewno jest to jednak miejsce dla zdecydowanych i świadomych odbiorców. Pozostali mogą go zwyczajnie nie docenić (lub przecenić).

Wnętrze La Sagrada familia - fot. 2.
Wnętrze La Sagrada familia – fot. 2.

Na sam koniec – Barri Gòtic

Ostatni dzień pobytu upłynął nam na podziękowaniach, pożegnaniach i odpoczynku połączonym z zakupami. Idealnym do tego miejscem jest port (tak ostatnie godziny spędziliśmy poprzednio) ale też i Barri Gòtic, historyczna część miasta, na którą podczas tej wycieczki nie poświęciliśmy dość czasu i które to miejsce jest zawsze dobrym pomysłem na leniwe spacery, z czego skrzętnie korzystamy.

Dziękujemy za gościnę!
Dziękujemy za gościnę!

Bardzo przykro jest nam znowu zostawić tu przyjaciół: Anię i Konrada, ale i Ikera z którym też zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Pozostaje żywić nadzieję, że kolejne spotkanie nie będzie zależeć już od nas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *