Kijów na weekend

Obecny rok nie rozpieszcza nas dając niewiele możliwości organizacji dłuższych wypraw. Będąc zmuszonymi do organizowania raczej krótszych podróży, jednocześnie szukając miejsc dotychczas przez nas nieodwiedzonych zaczęliśmy na zmianę rozważać bardzo nowe destynacje lotnicze lub powracać do starych, odłożonych na później, pomysłów. W ten sposób, korzystając z całkiem świeżego połączenia z Gdańska do Kijowa, odkurzyliśmy ideę zobaczenia strefy wokół pozostałości czarnobylskiej elektrowni jądrowej.

Tak oto 5. sierpnia meldujemy się w Kijowie. Możliwość wybrania się do Prypeci i zobaczenia opuszczonego miasta sowieckiego na własne oczy była silnym magnesem, jednak wylot nie byłby pewnie możliwy gdyby nie powstanie kolejnego połączenia emigracyjnego. Na marginesie, dożyliśmy ciekawych czasów gdy takie sformułowanie wcale nie oznacza dla Polaków kierunku emigracyjnego, lecz imigracyjny. W tej chwili konkurencję wśród nisko-kosztowych linii lotniczych wygrał WizzAir obsługując loty do Kijowa z aż 6 polskich lotnisk. Rywalizujący z nim zwykle RyanAir wydaje się w chwili obecnej skonfliktowany z władzami Ukrainy oddając pole rywalom. Na szczęście dla nas nie oznacza to znaczącej podwyżki cen na tej trasie. Bez większych problemów możliwe jest ustrzelenie biletów kosztujących mniej niż 100 złotych w jedną stronę. Wszystkie odbywają się na lotnisko Kijów Żulany (Київ Жуляни). Jest to informacja na pewno istotna dla osób planujących przesiadki, ponieważ loty międzynarodowe wykonywane są z drugiego kijowskiego lotniska Borispol. Konieczne jest więc przebycie drogi pomiędzy lotniskami. Ponieważ loty z Gdańska obsługiwane są w rozkładzie wtorek-sobota możliwe jest zorganizowanie wyjazdu na przedłużony weekend. Tak też właśnie uczyniliśmy, wykorzystując jeden dzień na wyprawę do Czarnobyla i Prypeci, pozostałe przeznaczając na stolicę Ukrainy.

Chreszczatyk nocą
  • O transporcie słów kilka

O ile transport po Kijowie, dla osób nieco już obytych z miastem, wydaje się całkiem sprawny, zwłaszcza iż jest prowadzony poprzez liczne środki transportu (metro, autobusy, tramwaje, trolejbusy i marszrutki), o tyle osoby które dopiero znalazły się w mieście mogą napotkać pewne problemy na starcie. Popularnym rozwiązaniem na przejazd z lotniska Żulany do centrum Kijowa są taksówki. My mając do dyspozycji pierwszego dnia wystarczająco czasu skorzystaliśmy jednak z komunikacji miejskiej. Wychodząc z terminalu, kierując się na wprost aż do napotkania głównej ulicy Miodowej (Медовая) znajdziemy trakcję trolejbusową i przystanek, przy którym zatrzymują się trolejbusy linii 9 i 22. Wygodniejszą jest linia 9, która zatrzymuje się w odległości dystansu pieszego od ścisłego centrum Kijowa. Dla bardziej leniwych (lub objuczonych bagażami) daje też po drodze możliwości przesiadki do pojazdów metra zatrzymując się w pobliżu przystanków Uniwersytet (Университет) i Plac Lwa Tołstoja (Площа Льва Толстого). Ponieważ czas oczekiwania na trolejbusy nie należy do najkrótszych, może się zdarzyć, że pierwsze podjedzie linia 22, która mimo iż nie jedzie w kierunku centrum, również nie jest złym rozwiązaniem pozwala bowiem przesiąść się do wagonów metra na stacji Szuliawskiej (Шулявська) lub Drohożycze (Дорогожичi).

  • Pierwszy dzień w Kijowie

Ponieważ z naszymi couch-surfingowymi gospodarzami byliśmy umówieni dopiero na wieczór dało nam to sporo czasu by nacieszyć się nieco odkrywaniem głównego miasta Kijowa. W tym miejscu musimy choćby jednym zdaniem opisać pogodę. Będąc w trakcie kapryśnego polskiego lata (doceńcie eufemizm) wylądowaliśmy w bezchmurnym Kijowie, odkrywając, że upał w miejscu tak dalekim od morza potrafi być nie do zniesienia. Już krótki spacer z plecakami, dał się mocno we znaki. Jako, że trolejbus linii 9 opuściliśmy w pobliżu stacji metra Uniwersytet skorzystaliśmy z obecności położonych w przy bulwarze Tarasa Szewczenki parków, które świetnie nadają się do spędzania czasu w letnie dni. Nie chcąc jednak pozostać przez cały dzień w parku udaliśmy się w dalszy spacer, przechadzając między innymi ulicą Rustawelego, gdzie znajdują się liczne knajpki gruzińskie. Na dłuższą chwilę wylądowaliśmy na Rynku Besarabskim (Бесарабський ринок) czyli tak zwanej Besarabce. Ponieważ nie był to jeszcze moment kiedy chcieliśmy się obłowić zakupami przed powrotem do domu, skręciliśmy więc na główną kijowską aleję czyli Chreszczatyk (Хрещатик). Na Chreszczatyku wyraźnie odcisnęła piętno historia, zarówno pozytywnie odsłaniając czasy świetności przełomu XIX. i XX. wieków, jak i negatywnie gdy za czasów drugiej wojny światowej, ulica stała się areną wycofywania Armii Czerwonej i nadejścia Wehrmachtu w 1941 roku jak i gdy role się odwróciły pozwalając Armii Czerwonej odbić miasto pod koniec 1943. roku. Spacer Chrzeszczatykiem skończyliśmy na Placu Niepodległości (Майдан Незалежності) zwanym po prostu Majdanem, znanym z wydarzeń pomarańczowej rewolucji.

Na Majdanie

Ale Majdan był też przede wszystkim tzw. Euromajdanem, gdzie po miesięcznych protestach 18. lutego 2014. roku doszło do regularnej wojny między władzą a niezadowoloną ludnością, kończąc się śmiercią kilkudziesięciu osób, jawnym postawieniem się Ukrainy przeciw rosyjskim wpływom, a w dalszej kolejności przyłączeniem Krymu do Rosji i utratą kontroli przez Ukrainę  nad wschodnimi terenami na rzecz umownie zwanych „separatystów prorosyjskich”. Wydarzenia te wciąż budzą silne emocje i wiążą się z licznymi kontrowersjami. Faktem jest, że na samym Majdanie życie wróciło już do normy. Pod placem funkcjonuje wielkich rozmiarów centrum handlowe, patrząc na nie możemy jedynie zastanawiać się jak to miejsce wyglądało w trakcie wydarzeń z początku 2014 roku.

  • O Władysławie Horodeckim – zasłużonym dla Kijowa polskim architekcie
Dach domu z chimerami autorstwa Władysława Horodeckiego

Chcąc na chwilę uciec od zadumy nad historią współczesną, postanowiliśmy odszukać trochę polskich śladów w Kijowie, a to za sprawą działalności polskiego architekta Władysława Horodeckiego, który szczególnie sobie to miasto ukochał pozostawiając w nim liczne ślady swojej działalności. Horodecki, potomek zubożałej szlachty podolskiej był człowiekiem wielu pasji i talentów, był malarzem, szewcem, wziętym krawcem, który z zamiłowaniem oddawał się polowaniom. Dzięki objęciu posady budowniczego miejskiego w Kijowie jego prace wyjątkowo wpisały się w miasto. Do najbardziej znanych należą: budynek Narodowego Muzeum Sztuki, kenesa karaimska, kościół świętego Mikołaja czy przepiękny budynek znany pod nazwą „domu z Chimerami”, który z resztą posiadał na własność. W pełni zasłużył na miano Gaudiego Kijowa. W związku z kryzysem finansowym w carskiej Rosji oraz rozrzutnym sposobem bycia Horodeckiego, który ogromną część majątku przeznaczał na polowania, Horodecki musiał pozbyć się budynku. Gdy w 1920 roku miasto zostało zdobyte przez Armię Czerwoną architekt na zawsze je opuścił przenosząc się do polskiej w końcu Warszawy. Również i na nowym gruncie, nie przestał pracować twórczo będąc odpowiedzialnym za budowę pałacu w Wiśniowcu, wieży ciśnień w Piotrkowie, otwockiego kasyna czy łaźni miejskiej w

Pomnik Władysława Horodeckiego

Zgierzu. Architekt w niepodległej Polsce nie wytrzymał jednak długo, w 1928 roku wyjechał do Persji, stając się odpowiedzialnym za budowę tamtejszej kolei. Niestety nigdy nie wrócił już do swojego Kijowa, ani do Polski, gdyż w 1930 roku zmarł na zawał serca. Spoczął na teherańskim cmentarzu Dulab, gdzie na grobie widnieje jakże skromny podpis „Profesor architektury – niech mu obca ziemia będzie lekka”. Może pewnego dnia Turoboturystom uda się pokłonić przy grobie Pana Profesora.

Niestety do dnia dzisiejszego wiele z kijowskich dzieł Horodeckiego nie przetrwało skutków przetaczających się przez miasto wojen. Szczęśliwie, zawieruchę historyczną przetrwała pamięć o polskim architekcie, któremu odlano pomnik w pobliżu Chreszczatyku oraz poświęcono ulicę wychodzącą niemal z Placu Niepodległości w kierunku Domu z Chimerami, w którym zamieszkiwał architekt. W burzliwych relacjach polsko-ukraińskich świetnie jest móc się powołać na jedną osobę, która w pełni pozytywnie zapisała się w historii miasta.

Będąc tak blisko musieliśmy więc zobaczyć wspomniany dom z Chimerami. Niestety ponieważ w chwili obecnej budynek przeznaczony został na cele administracyjne jako jedna z siedzib prezydenta, możliwe jest podejście do niego wyłącznie od strony placu Iwana Franki. Nawet stąd, choć widać tylko jego fragment, przedstawia się on nad wyraz okazale. Po drodze powrotnej minęliśmy jeszcze pomnik Horodeckiego i wsiedliśmy w metro w drodze na naddnieprzańską plażę i spotkanie z naszymi gospodarzami.

  • Nad Dnieprem

Z Sergiejem i Anną umówiliśmy się na plaży nad Dnieprem. Choć był upalny, sierpniowy dzień nie spodziewaliśmy się tak wielkich tłumów na plaży nad rzeką. Trzeba jednak zaznaczyć, że sposób w jaki Dniepr przepływa przez miasto, tworząc liczne wyspy i rozlewiska służy wypoczynku nad wodą. Dniepr przy okazji dzieli miasto na dwie części, zupełnie różne pod kątem ukształtowania i historii. Historyczne śródmieście rozłożone na prawym brzegu jest położne znacząco wyżej niż płaska lewobrzeżna część, która została zabudowana już w czasach po drugiej wojnie światowej i w niczym nie przypomina miasta po drugiej stronie rzeki. Z naszymi gospodarzami spotkaliśmy się na wyspie Truchaniw (Труханів острів) do której najprościej okazało się… dopłynąć łodzią za kwotę 20 hrywien (ok. 3 złotych). Aby się tam dostać dojechaliśmy metrem do stacji Hydropark (Гідропарк) po czym pieszo przeszliśmy na wyspę Dołobecką (Долобецький острів), gdzie za wspomniane 20 hrywien można wynająć łódkę przewożącą na Truchaniw. Obie wyspy otoczone są plażami, gdzie jak się przekonaliśmy , w weekendy kąpiąc się odpoczywają niezliczone tłumy Kijowian. W tej sytuacji odpłynięcie w miejsce nieco trudniej dostępne ma ten dodatkowy walor, że robi się tam mniej tłoczno. Do tego wszystkiego na Truchaniwie położona jest też Dowbiczka (Довбичка), czyli bardzo popularna miejska plaża naturystów. Odwiedziny w takim miejscu to, jak by nie patrzeć, kolejne na naszej liście nietypowe osiągnięcie turystyczne. Rozmowa z Anią i Sergiejem przeciąga się do wieczora i musimy przyznać, że widok na oświetlony Kijów robi się bardzo nastrojowy. Niestety pora już wracać, by zdążyć na ostatnie łódki przewożące na drugi brzeg. Nasi gospodarze zdołali nam pokazać siłownię na otwartym powietrzu. Zapowiadając nam taką atrakcję spodziewałem się raczej kilku na krzyż przyrządów podobnych do tych nowoczesnych, znanych nam z Polski, przeznaczonymi raczej dla małych dzieci. Tymczasem siłownia ukraińska okazuje się być przekrojowa, dobrze wyposażona w przedmioty, które raczej przypominały odpady. Jako przykład możemy podać niczego sobie worek treningowy, stworzony ze zużytych opon. Zdecydowanie ludzka zaradność na plus!

Kąpielisko nad Dnieprem
  • Kijów na szybko – miastem rządzą cerkwie

Niedzielę poświęciliśmy na odwiedziny w zonie powstałej po wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Wyprawy odbywają się spod Hotelu Kozackiego na Placu Niepodległości i tam też powracają. Wieczorem więc, przeszliśmy na mały rekonesans przed poniedziałkowym zwiedzaniem miasta. Śródmieście Kijowa sprawia na nas bardzo dobre wrażenie. Doceniamy rozsiane po mieście modernistyczne budynki, które przetrwały zawieruchę wojenną, nabrzeże Dniepru, czy liczne wzgórza. Musimy jednak przyznać, że w panoramie miasta dominują niepodzielnie cerkwie. Siłą rzeczy są to więc miejsca, którym poświęca się najwięcej uwagi. By świadome zwiedzić Kijów potrzeba nieco więcej czasu, jednak będąc ograniczeni ramami naszego krótkiego wyjazdu za cel na nasz ostatni dzień pobytu obieramy Ławrę Peczerską, czyli cały kompleks klasztorny w obrębie miasta i udział w „free walking tour” z organizacją Kiev walking tours rozpoczynający się o godzinie 11 z, jakżeby inaczej, Placu Niepodległości. Wobec tego jeszcze w niedziele decydujemy się za to odwiedzić położony w sąsiedztwie Majdanu monastyr świętego Michała, czyli jak mówi jego oficjalna nazwa Monaster świętego Michała Archanioła o Złotych Kopułach (Михайлівський золотоверхий монастир). Powstanie budynku klasztornego sięga początku XII. wieku. W swoich najlepszych latach w klasztorze stacjonowało ponad dwustu mnichów, jednak historia nie obeszła się z nim lekko. W latach trzydziestych stał się on obiektem niepożądanym w Związku Radzieckim i został doszczętnie wyburzony. Wyposażenie w dużej mierze ocalało dzięki zaradności Kijowian, ale z całego kompleksu budynków wyburzanie przetrwał wyłącznie skromniejszy budynek refektarza. To przerażające uczucie, uświadomić sobie, że ofiarami zniewolenia umysłu ludzkiego, tak często stają się także dzieła sztuki, książki czy dzieła architektury. Na szczęście w niepodległej już Ukrainie udało się klasztor odbudować i dzisiaj również prezentuje się okazale. Planem sekretarzy Związku Radzieckiego obszar ten miał przestać kojarzyć się z religią, a w miejsce klasztoru planowano postawienie przestronnych, monumentalnych budynków administracyjnych. Realizację tego planu pokrzyżowała druga wojna światowa. Po jej ukończeniu ich skalę znacząco zmniejszono, ostatecznie wznosząc jeden budynek, w którym dzisiaj mieści się siedziba ukraińskiego ministerstwa spraw zagranicznych, pokazując dzisiaj sposób w jaki mógł wyglądać Kijów, gdyby plany komunistycznych rządców miasta doszły do skutku.

Monaster Świętego Michała

Spod budynku ministerstwa widzimy kolejny budynek sakralny, czyli Sobór Mądrości Bożej w Kijowie zwany w uproszczeniu Sofią Kijowską (Софійський Собор). Zarówno wnętrze, jaki i jego charakterystyczna dzwonnica jest udostępniona do zwiedzenia za opłatą. Podobno z góry jest ciekawy widok na panoramę miasta, my mając tego dnia atrakcji nieco w nadmiarze decydujemy się odłożyć to na inny raz.

  • Ławra Peczerska i „Free walking tour”

Poniedziałek, nasz ostatni dzień zaczynamy od odwiedzin kolejnego już klasztoru, tj. Ławry Peczerskiej (Печерська лавра). Jest to klasztor-siedziba Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego, przez co zdaniem wielu poznanych przez nas kijowian nie cieszy się dobrą sławą. A trzeba nam wiedzieć, że Ukraińcy, choć w większości prawosławni są też podzieleni religijnie. W ostatnich latach rozkwit przeżywa niezależny Kościół Prawosławny Patriarchatu Kijowskiego, pod którego rządami jest, wspomniana wcześniej, cerkiew Świętego Michała. Wracając do Ławry, na miejscu również pobiera się opłaty za wstęp i ponieważ obszar, jak na centralne miejsce stolicy, jest ogromny, są one zróżnicowane w zależności od przeznaczenia wizyty. Za sam wstęp na teren klasztoru płaci się 25 hrywien od osoby, ale dodatkowe ceny obejmuje możliwość fotografowania, zwiedzania z przewodnikami czy odwiedzania wybranych miejsc klasztoru (np. katakumb). Ceny są dostępne na poniższej stronie. Planując wyprawę popełniamy jednak kardynalny błąd, to znaczy liczymy o godzinie 11. znaleźć się na Majdanie na „Free walking tour” wobec tego wstajemy z samego rana i udajemy się do Ławry przed zwiedzaniem z przewodnikiem. Przez to przez teren klasztoru wprost przebiegamy, a że dodatkowo akurat w tym momencie rozpadało się na dobre, zwiedzanie często przerywamy przeczekując najcięższe opady. Zdecydowanie następnym razem Ławrę trzeba odwiedzić w wersji mniej „turbo”.

Na Ławrze Peczerskiej

Zgodnie z planem, o 11 lądujemy na Majdanie by z organizacją „Kiev walking tours” wziąć udział zwiedzaniem starożytnego Kijowa. Nasze zdanie o zwiedzaniu miejsc z przewodnikiem w postaci znanej po angielsku jako „Free walking tours”, czyli gdy jedyną zapłatą przewodnika są napiwki są zdecydowanie zależne od samego przewodnika. Od entuzjastycznych (brazylijski Salvador), po mocno umiarkowane. Niestety, chociaż przewodniczka posługiwała się rewelacyjnym angielskim i była bardzo sympatyczna, poziom przekazu nie wystawał poza miejsca, które odwiedziliśmy samodzielnie z drobnym wsparciem książkowego przewodnika. Przedstawione informacje dotyczyły, faktów bieżącej historii Ukrainy, świetnie znanych i pamiętanych jeszcze w Polsce, odnieśliśmy jednak wrażenie że dla pozostałych turystów z całego świata (Australia, Nowa Zelandia, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania) było to ważne uzupełnienie wiedzy. Ostatecznie my jednak możemy polecić tę atrakcję tylko osobom, które na zwiedzanie miasta mają wyłącznie trzy godziny. Wówczas jest to gwarancja zobaczenia i usłyszenia wszystkiego w pigułce. Mając jednak do dyspozycji cały dzień, dużo lepiej naszym zdaniem na zwiedzanie udać się samemu.

  • Padół, czyli serce miasta

Po wszystkim udajemy się na pobliską dzielnicę Padół (Подил), która swoimi wzniesieniami fantastycznie charakteryzuje Kijów. Atrakcją, a jakżeby inaczej, jest tu cerkiew świętego Andrzeja (Андріївська церква), który akurat w czasie naszego pobytu był w remoncie, ale też sam spacer wznosząca się ulicą zwaną zejściem Andrzeja (Андріївський узвіз) był bardzo przyjemny. W górnych partiach odsłaniał on sporo ciekawych widoków na panoramę miasta. Dalej kierowaliśmy się do portu rzecznego nad Dnieprem z nadzieją przejechania się „funikalarem” czyli kolejką linowo-terenową fantastycznie rozwiązującą problem przedostania się spod naddnieprzańskiej części Padołu do leżących na wyżynie terenów Starego Kijowa. Przejażdżka taką kolejką byłaby też kolejną atrakcją. Niestety akurat, na najbliższe tygodnie kolejka była w remoncie, wobec czego wzgórze musieliśmy zdobywać okolicznymi obejściami pieszo. Jeśli w Kijowie pojawimy się ponownie na pewno będziemy chcieli sobie powetować tę stratę.

Widok na Padół
  • Kłów i Lipka – na zakończenie

Na sam koniec zostawiliśmy sobie spacer po Kłowie i Lipkach, reprezentacyjnych dzielnicach stolicy Ukrainy. Po drodze minęliśmy stadion Dynama Kijów i barokowy Pałac Maryjski (Маріїнський палац) z 1752 roku. Dalej przeszliśmy wzdłuż ulicy Orłyka (Улица Орлика Филиппа), obserwując na własne oczy bardzo ciekawą mieszankę różnych stylów i pomysłów architektonicznych, na czele z tzw. domkiem czekoladowym, który zawdzięcza swoją nazwę kolorowi i sposobie dekoracji zewnętrznej. Naszą uwagę przykuły tzw. maszkarony czyli zewnętrzne motywy rzeźbiarskie przedstawiające psy, których pasjonatem był Mogilowcew – pierwszy właściciel budynku. Ta bardzo spokojna i cicha część Kijowa, to miła odmiana na tle całego miasta o mocnym metropolitalnym charakterze. Ponieważ zrobiło się już stosunkowo późno, zjechaliśmy do naszych gospodarzy chcąc odwdzięczyć się pysznym ciastem i rozmową przy kieliszku wina. Wszystko się udało, wieczór zaliczymy to bardzo udanych.

Dom Czekoladowy

Na koniec spotkała nas niemiła historia ze szczęśliwym zakończeniem związana z długim czasem przejazdu komunikacją na lotnisko przez zakorkowany Kijów. Na lotnisku wbiegliśmy w ostatnich sekundach, a do tego jak nigdy kontrola lotniska niemiłosiernie długo analizowała zawartość mojego bagażu. Wszystko się ostatecznie udało, ale nauczka pozostała – wracając na lotnisko Żulany, na transport warto zostawić nieco więcej czasu. Z resztą jest to reguła dotycząca wszystkich miast i lotnisk. Za miesiąc lecimy przecież do Keflaviku.

Podsumowując krótko około-weekendowy pobyt w Kijowie, musimy być bardzo zadowoleni, bo zwyczajnie był to dobrze spędzony czas. Do naszej listy odwiedzonych miejsc dorzuciliśmy kilka ciekawych miejsc nieoczywistych (plaża naturystów, Padół), poznaliśmy nowych, bardzo ciekawych i gościnnych ludzi. Pozostały nam też jednak miejsca dla zobaczenia których warto tu jeszcze wrócić w przyszłości, takie jak dzwonnica w Sofii Kijowskiej, ponowne dużo rozważniejsze odwiedziny w Ławrze Peczerskiej czy przejażdżka „funikularem”. Bogatsi o tę wiedzę, kolejny odwiedziny Kijowie ułożylibyśmy już nieco inaczej. Czas pokaże, czy będzie jeszcze ku temu okazja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *