Piekielny Wulkan Bromo

Wulkan Bromo to najbardziej znany wulkan Indonezji. Jego charakterystyczny stożek znajdziemy na większości zdjęć dowolnej wyszukiwarki pod hasłem „Indonezja”. Nie ma się co dziwić, gdyż urzeka swoim pięknem. Wyrasta w ogromnej kalderze jako jeden z kilku wulkanów, które tworzą dla niego wspaniałe tło. Nie można się jednak poddać pozornemu urokowi Bromo. Są okresy kiedy jego aktywność wyraźnie wzrasta i wycieczka na wulkan staje się nie do końca bezpieczna. Jednak to co jest najbardziej piekielne w Bromo jest Probolinggo, małe miasto u podnóża kaldery.

Wulkan Bromo położony wewnątrz wielkiej kaldery Tengger o średnicy 16 kilometrów, której wiek szacowany jest na 820 tysięcy lat. Bromo jest najmłodszym z pięciu leżących w jej wnętrzu wulkanów, jego wysokość wynosi 2329 metrów n.p.m. Mimo swojej niedużej wysokości i częstych erupcji, wulkan Bromo jest jedną z największych atrakcji Indonezji. Turyści spędzają godziny na punktach widokowych, najlepiej w czasie wschodu słońca kiedy widok na wulkany podobno jest bajkowy. Odważni mogą również wejść na wulkan, a nawet zajrzeć do środka krateru.

Kaldera Tengger; po lewej dymiący krater Bromo, w tle Semeru Źródło: wikipedia.org

Jak dostać się do wulkanu Bromo?

Jadąc do Indonezji wiedzieliśmy, że w niektórych miejscach będziemy zależni od ludzi organizujących transport dla turystów. Wulkan Bromo znajduje się przy miejscowości Cemoro Lawang, która położona jest na krańcu kaldery w odległości około 25 km do miasta Probolinggo. Do Cemoro Lawang jeżdżą lokalne busy. Z Internetu dowiedzieliśmy się z którego miejsca odjeżdżają (okolice dworca autobusowego, przy ulicy) oraz na jakich zasadach. W związku z tym faktem nie powinniśmy zatem być zdziwieni, że kierowcy są bezczelni i traktują turystę jak bezmyślny worek pieniędzy. Po transporcie na Bali i problemach z przedostaniem się między wyspami, myśleliśmy, że już nic nas nie zdziwi. Oj, bardzo się myliliśmy. Probolinggo stało się dla nas symbolem najbardziej skorumpowanego i nieprzyjaznego miasta dla turystów. Tam też po raz pierwszy w czasie swoich podróży, mając już za sobą różne wyprawy w tym do Brazylii, doświadczyliśmy bezpośredniego kontaktu z mafią. Nie chodzi tu o mafię narkotykową, lecz również niebezpieczną i przerażającą mafię transportową.

W Probolinggo po udaniu się do punktu odjazdu busów do Cemoro Lawang najczęściej usłyszymy, że bus owszem pojedzie do Cemero, ale tylko wówczas gdy się zapełni. Miejsc w autobusiku jest około 25, bilet za jedną osobę kosztuje 35 tysięcy rupii indonezyjskich. Nie jest to duża kwota, haczykiem jednak jest zapełnienie busa. Czasem trwa to godzinę, czasem trzy, a czasem przez cały dzień (szczególnie poza sezonem turystycznym) nim uzbiera się wymagana grupa turystów. Zastanawiający jest fakt, że pośród osób czekających na odjazd busa nie ma żadnych miejscowych. Powód jest prosty, miejscowi jeżdżą innymi busami, na których zapełnienie nie trzeba czekać. Dalszy schemat postępowania zwykle jest prosty. Mając w perspektywie wielogodzinne oczekiwanie, każdy z turystów kombinuje jak na miejsce dostać się szybciej. Istnieje taka możliwość, szef kierowców busów łaskawie pozwoli jechać, tylko jeśli zapłacimy za puste miejsca. Sprytne prawda? Tym sposobem cena za przejazd 25 km do Cemoro Lawang potrafi sięgnąć powyżej 500 tysięcy rupii indonezyjskich (około 150 polskich złotych). W takiej sytuacji dla nas najbardziej logicznym rozwiązaniem było znalezienie innego transportu, najlepiej lokalnego busika z miejscowymi. Okazuje się jednak, że grupa kierowców busów dla turystów ma daleko sięgające wpływy. Każdy busik który jechał w kierunku Cemoro omijał nas gdy tylko kierowca zauważył, że jesteśmy już na oku bossa przewoźników dworcowych busów. Stojąc i czekając na grupę już z samego rana, zebraliśmy łącznie 5 osób (do naszej trójki niemal od razu dołączyła para Hiszpanów… z deską surfingową). Po krótkiej naradzie postanowiliśmy odejść od dworca autobusowego, zwiększając swoją szansę znalezienia innego kierowcy, który mógłby podwieźć nas do Cemoro Lawang. Nie uszło to uwagi, pilnującego nas bossa transportu dworcowego, który od razu się nami zainteresował namawiając nas, żebyśmy zapłacili za wolne miejsca i pojechali z nim. Nie mógł zrozumieć, że nie chcemy już korzystać z jego usług. Tłumaczenia nie przynosiły rezultatów, jechał za nami, pilnując by nikt się przy nas nie zatrzymał. Było to nie tylko irytujące, ale w znaczny sposób ograniczało naszą wolność jak i szanse na znalezienie alternatywnego transportu. Po przebyciu z obstawą bossa kilkudziesięciu metrów i zgarnięciu po drodze dwójki innych turystów, zrozumieliśmy, że sytuacja jest beznadziejna. Pomimo, że była nas siódemka nie mieliśmy szans na znalezienie busa, bo wszyscy inni kierowcy albo nas omijali albo bali się naszej obstawy. Grupka ciągnąca się za nami jak ogon, nie była ani sympatyczna, ani przyjazna, dodatkowo stale wykrzykiwali coś do zatrzymujących się przy nas kierowców, przy okazji wykonując gesty, które zniechęcały ich bardzo szybko. Boss był przy tym całkiem bezczelny, powtarzał ciągle, że może nas zawieźć wszystkich za 600 tysięcy rupii (cena stopniowo spadała, ostatecznie lądując do 450 tysięcy) dając do zrozumienia, że jeśli z nim nie pojedziemy to do Cemoro Lawang nie pojedziemy już z nikim. Nikt z naszej międzynarodowej siódemki nie sądził, że taką grupą, mając gotówkę w Azji nie znajdziemy transportu na dystansie 25 kilometrów w nieprzesadzonej cenie. Irytacja po pewnym doprowadziła do wymiany coraz ostrzejszych zdań. Ostatecznie podjęliśmy decyzję o wysłaniu na poszukiwania dwójki chłopaków, a reszta pozostała wraz z obstawą w jednym miejscu. Gdy naszej grupie wypadowej udało się w ten sposób zgubić pościg (tak, też dostali obstawę) poznali smutną i straszną prawdę o Probolinggo. Wszyscy miejscowi odpowiadali, że nie mogą nam pomóc bo się zwyczajnie boją. Podobno mafia spod dworca trzęsie całym miastem i nikt z miejscowych nie chce ryzykować. W międzyczasie grupa oczekująca była bacznie obserwowana. Nie brakowało chamskiego zaczepiania, straszenia i nieprzyjemnych dyskusji. Kiedy poszukiwaczom w końcu udało się namówić młodego chłopaczka by za 250 tysięcy rupii indonezyjskich zawiózł busem naszą całą siódemkę do Cemoro Lawang, sam prosił byśmy załadowali się do busa jak najszybciej i najlepiej nie zauważenie bo on będzie miał kłopoty. Niestety liczba ludzi, oraz niespuszczające nas z oczu towarzystwo uniemożliwiło niezauważalne załadowanie się do busa, gdy już przyjechał nas wybawić. Boss jechał na skuterze jeszcze kawałek za nami, wyprzedzał, próbował dostrzec kto jest kierowcą. Nie ukrywamy, że jeszcze kilka dni po wyjeździe z Probolinggo wszyscy martwiliśmy się o młodego, czy nie stała mu się jakaś krzywda. Wszystko to jest jak scenariusz słabego filmu sensacyjnego, zapewne gdybyśmy tam nie byli to nie uwierzylibyśmy w coś takiego. Historia ta pokazuje jedynie do jakich skrajnych sytuacji doprowadza ludzka chciwość.

Ekipa buntowników po dojechaniu do Cemoro Lawang
Widok jaki zastaliśmy u góry

 

Autobusy zatrzymują się przed wejściem do Parku Narodowego, obok znajduje się pierwszy punkt widokowy. Nie wątpimy, że rozciąga się z niego widok na Bromo oraz okoliczne wulkany. Na pewno tak jest. Nam nie było dane tego zobaczyć. Czyżby jakaś klątwa mafijnego bossa z wąsikiem? Wulkan od kilku dni był aktywny. Wydobywały się z niego kłęby dymu, do tego nałożyła się już stojąca jedną nogą pora deszczowa. Efekt był taki, że w kalderze zalegały cały dzień chmury, które nie pozwalały na podziwianie jednego z najpiękniejszych widoków Indonezji. Podobno o świcie chmur jeszcze nie ma i Bromo ukazuje swoje oblicze. Sprawdziliśmy…. Oprócz przemarznięcia na kość, staniu godzinę w tłumie ludzi nie było nam dane doświadczyć oblicza Bromo. Wycieczkę na wschód słońca, na punkt widokowy można bez problemu zorganizować z Probilonggo. Za wynajęty samochód, który zawiezie nas na górę oraz odwiezie do miasta trzeba zapłacić około 500 tys. My wytargowaliśmy cenę 450 tys., pod warunkiem, że zdążymy na poranny pociąg o godzenie 6:58 z Probolinggo do Yogyakarty. Naszym, bardzo sympatycznym dodajmy, kierowcą (na potrzeby chwili ze względu na raczej wątłą posturę zwany przez dziewczyny Kostkiem) był Lutfi, który wyratował nas z opresji gdy wracaliśmy z nieudanej pierwszej próby podziwiania Bromo. System na Cemero Lawang wygląda podobnie jak w Probolinggo. Są busy, ale jadą dopiero jak się zapełnią. Widząc to postanowiliśmy w strugach deszczu (tak padało prawie nieprzerwanie), zacząć schodzić i zatrzymać bus jak będzie zjeżdżał. Naszym problemem, który okazał się równie nieprzyjemnym byli kierowcy małych motocykli, którzy upierali się, że zwiozą nas do Probolinggo za 100 tys. za osobę. Pomijając wygórowaną cenę, jazda jako pasażer na ich motocyklach, bez kasku, na krętej, mocno nachylonej drodze nie wyglądała na przesadnie bezpieczną. Niestety nie wystarczyło podziękowanie i tłumaczenie, że nie skorzystamy z tej oferty, pojawiali się zawsze gdy na drodze pojawiał się jakiś busik skutecznie go odstraszając. Śledzili nas tym sposobem kilka kilometrów. Kiedy sytuacja wydawała się już beznadziejna, zatrzymało się bok nas auto…. Kostka. Wracał z rodziną do Probolinggo, powiedział, że nas zabierze za 100 tys. Załadowaliśmy się do środka, lecz wtedy dali o sobie znać motocykliści, którzy zagrodzili nam drogę, a Kostek musiał zapłacić za nas haracz. W drodze odbyliśmy dyskusję na temat całej sytuacji. Kostek wyjaśnił nam, że w Indonezji takich mafii transportowych jest pełno. Uświadomił jednocześnie, że sami turyści napędzają ten biznes, zgadzając się na takie traktowanie, w czasie gdy reszta zwykłych mieszkańców klepie ogromną biedę. Utwierdziło nas to przekonaniu, że dobrze postąpiliśmy organizując swoja małą rewolucję w Probolinggo. Jednocześnie Kostek ostrzegł nas, że ludzie z którymi zadaliśmy są bardzo niebezpieczni, lecz bardziej dla miejscowych. Nasz kierowca wydawał się tak miłą osobą, że postanowiliśmy od niego dowiedzieć się w jaki sposób możemy jednak zobaczyć słynne Bromo. Kostek okazał się samozwańczym przewodnikiem, który zaproponował nam, że zawiezie nas na punkt widokowy na wschód słońca (wtedy podobno jest najlepsza widoczność), następnie zwiezie nas do miasta na pociąg.

Widok na Bromo o 4 rano z punktu widokowego

Jaki jest więc morał z całej tej historii?

Wycieczkę na wulkan Bromo trzeba mieć dobrze zaplanowaną. By nie wpaść w mafijne układy lepiej wcześniej mieć już cały plan. Jeśli chcemy jechać busem, warto mieć już wcześniej zebraną grupę, lub dowiedzmy się w innym miejscu na temat transportu do Cemoro Lawang (w hostelu, guesthousie). Można też szukać transportu w innym miejscu niż dworzec autobusowy. Warto dogadać się z innymi backpacerami i wspólnie poszukać transportu. Dzięki temu koszt wycieczki na pewno się zmniejszy. Indywidualna wycieczka na punkt widokowy samochodem kosztuje około 500 tysięcy. Wyjeżdża się w nocy, wchodzi na punkt widokowy około 4 w nocy i podziwia Bromo w promieniach wschodzącego słońca. Jest to oczywiście droższe rozwiązanie ale daje pewność, że nie będziemy zależni od Probolingskiej mafii. Dobrym pomysłem jest również zaplanowanie w Cemoro Lawang noclegu. Dzięki temu nie trzeba wstawać w środku nocy oraz zwiększa się prawdopodobieństwo zobaczenia Bromo w pełnej okazałości.

Pora deszczowa na Jawie zaczyna się średnio na przełomie października i listopada, niestety czasem szczególnie w wyższych partiach kraju nawet szybciej. Planując wycieczkę na Bromo trzeba sprawdzić pogodę, aby nie podziwiać chmur jak my.

Dla tych którzy chcą skorzystać z wycieczki samochodem służymy kontaktem do zaufanego kierowcy. Lutfi Hendra (znajdziecie na fb), zwany przez nas Kostkiem. Jest on zdecydowanie uczciwym i godnym polecenia człowiekiem. Nie mówi perfekcyjnie po angielsku, ale jest pomocny i sympatyczny, łatwo się z nim porozumieć.

Nocleg w okolicach Bromo

Probolinggo jest słabym miastem pod wieloma względami również pod względem noclegowym. Jest w nim niewiele hoteli, a hosteli praktycznie nie widzieliśmy w ogóle. Ich jakość oraz ceny nie są zachęcające. Dużo lepiej prezentuje się miasteczko Cemoro Lawang, gdzie miejsc noclegowych jest dużo więcej. Szukanie noclegu po przyjeździe do Probolinggo również nie jest dobrym pomysłem. Jeśli konieczne jest nocowanie w tym piekielnym mieście to nocleg trzeba mieć zarezerwowany wcześniej.

Łazienka w najgorszym noclegu w Indonezji. Karaluchów na szczęście na zdjęciu nie widać.

Wulkan Bromo – informacje praktyczne

Wulkan położony jest w rozległej kalderze, wraz w kilkoma innymi wulkanami. Przez kalderę przebiega droga, którą poruszają się jeepy, z turystami. Istnieje możliwość wejścia na wulkan aż do krateru. Na górę prowadzą schody. U podnóża wulkanu znajduje się świątynia. Jest to bardzo ważne miejsce dla miejscowych. Należy o tym pamiętać udając się na wycieczkę. Kiedy wulkan jest aktywny nie można wchodzić na jego szczyt. Punktów widokowych na kalderę jest kilka. Jeden znajduje się zaraz przy wjeździe do Parku Narodowego, natomiast dwa kolejne na krańcu kaldery po przeciwnej stronie miasteczka (patrz mapa).

Podziwianie Bromo o wchodzie słońca wymaga przygotowania. Trzeba się ciepło ubrać, gdyż o 4 nad ranem na górze jest bardzo zimno. Warto mieć też ze sobą coś na czym można usiąść w oczekiwaniu (na przykład karimatę). Na punkcie widokowym jest bardzo dużo ludzi, większość jest przywożona jeepami. Jeśli więc spieszycie się na dół trzeba poprosić kierowcę by zaparkował na dole. Droga o godzinie 5 rano jest kompletnie zablokowana zaparkowanymi jeepami.

Cena transportu w jedną stronę do Cemoro Lawang powinna wynosić nie więcej niż 35 tysięcy rupii.

Mafia transportowa w Problinggo jest niebezpieczna. W pojedynkę nie radzimy wchodzić w dyskusje. Najlepiej przygotować transport do Cemoro Lawang wcześniej i nawet nie pokazywać się w „jaskini lwa” czyli przy dworcu autobusowym, bo wtedy dużo ciężej będzie pozbyć się natrętów.

Znajdź drogę

3 thoughts on “Piekielny Wulkan Bromo

  1. Bardzo przydatne informacje! Niestety przerażające :/ jutro właśnie jedziemy na Bromo, ale cały transport jest zorganizowany przez małe biuro podróży na Bali. Mamy nadzieję, że będą godni zaufania:)

    1. Alino, czy możesz podać namiar na to biuro podróży? Będę bardzo wdzięczna, bo też rozważam wycieczkę z Bali na Bromo (ale bez hardkoru:)).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *