Saloniki – na deszczowy weekend

Gdy na blisko 4 miesięcy przed wylotem – przymierzając się do kupna biletów próbowaliśmy namówić znajomych „Lećcie z nami na weekend do Grecji!” słyszeliśmy w odpowiedzi, że kryzys, na miejscu strajki, że mogą być problemy i lepiej poczekać z zakupem biletów aż sytuacja nieco się wyjaśni. Zareagowaliśmy więc w sposób dla nas typowy – po prostu kupując bilety. Tak oto w trakcie wyjątkowo dla nas napiętego października wylądowaliśmy na przedłużony weekend w Grecji.

Sposobów na tanie dostanie się do Salonik bezpośrednio z Polski nie ma zbyt wiele. My oparliśmy się na połączeniu Modlin─Saloniki obsługiwanym przez RyanAir. Na ceny biletów w tym okresie niewątpliwie wpłynął kryzys, mocno odstraszający potencjalnych turystów z Polski. Z tego też względu zakupiliśmy bilet w jedną stronę w cenie zbliżonej do 70 PLN od osoby, powrotu szukając już z Aten (w tym okresie było sporo tanich biletów na trasie Ateny─Modlin, przelot ponownie RyanAirem). Cały szkopuł to przedostanie się z Salonik do Aten, które okazało się rozwiązaniem nieco droższym niż nam się początkowo wydawało. Więcej o tym w opisie poświęconym Atenom. Skrótowo możemy tu tylko nadmienić iż ostatecznie wszystko poszło gładko, a wyjazd nie nadszarpnął specjalnie naszego budżetu  przed wylotem do Ameryki Południowej.

Saloniki to drugie co do wielkości miasto Grecji, stolica prowincji Macedonia-Tracja, będące bezpośrednim zapleczem Aten na wielu polach. Współczesne losy Salonik silnie splatają się ze skomplikowaną historią Grecji. Na przestrzeni ostatnich wieków zajmowane ono było przez  Cesarstwo Bizantyjskie, Republikę Wenecką, Turków Osmańskich czy Trzecią Rzeszę, a w chwili wyzwolenia przez Greków w 1912 roku w ich pobliżu stacjonowała już armia Bułgarii. Do tego do dziś swoje pretensje w kierunku Salonik wysuwa… Macedonia. Miasto było również pod silnym wpływem społeczności żydowskiej (już w Biblii mamy 2 listy Świętego Pawła do Tesaloniczan) ale także ormiańskiej czy albańskiej. Sporo tego jak na jedno miasto…

 

Na wyjazd nie byliśmy szczególnie przygotowani, po powrocie z Legolandu i nieco ponad tydzień przed odlotem do Ameryki Południowej, na którym skupiła się w ostatnim czasie nasza uwaga. Wylądowaliśmy więc z bagażem oczekiwań i typowych stereotypów dotyczących Grecji. Nie mieściło się w nich podejrzenie, że możemy trafić na deszczową pogodę. No bo jak to, my tu na urlop – do Grecji, a na miejscu szaro, zimno i leje tak, że buty przemakają?! Cóż płynie z tego prosta nauczka, Grecja to nie tylko skąpane w słońcu śródziemnomorskie wysepki, jasne domy i niebieskie dachy. Kraj ten ma także inne oblicza. Grecja to na przykład także wysokie góry (Olimp sięga blisko 3 tysięcy metrów nad poziomem morza), gdzie na ciepłą pogodę liczyć już trudniej. Nie mówiąc o górach, nawet na wybrzeżu części kontynentalnej, zwłaszcza w okolicach października, możemy trafić na bardzo obfite deszcze przez dobrych kilka dni z rzędu. Tak więc mokliśmy sobie i my, przez 2 dni pobytu, a w krótkich chwilach przerwy od deszczu, dla odmiany przewiało nas niemiłosiernie.

Taka pogoda zastała nas w Salonikach...
Taka pogoda zastała nas w Salonikach…

Mimo niesprzyjających warunków w myśl swoich założeń działaliśmy tak by z miasta wyciągnąć jak najwięcej. Na miejscu spaliśmy korzystając z gościny Alexisa, którego poznaliśmy dzięki portalowi CouchSurfing.org. Alexis nie jest Grekiem, w Salonikach przebywa na wymianie studenckiej mieszkając wraz ze Słowakiem i Hiszpanem. Niewątpliwie interesująca załoga, jednak pobyt u nich nie pozwolił nam na nabranie bliższego kontaktu z Grecją. Na szczęście Alexis, mimo że sam ma dopiero 19 lat i nie należy do osób zbyt wylewnych po bliższym poznaniu i próbach pociągnięcia za język (bez butelki wina się nie obyło) ma bagaż ciekawych historii do przekazania. Jest on dzieckiem francuskich dyplomatów dzięki czemu sporo czasu spędził w Rosji i Kazachstanie ale podróżował już także po innych kontynentach. Dziś zaczyna swoją dorosłą podróż od pobytu w Salonikach. Może nasze drogi skrzyżują się jeszcze gdzieś w świecie, może w Gdańsku?

Żeby nieco lepiej pojąć skomplikowaną sytuację północnej Grecji, trzeba sobie postawić pytanie „Jak to jest, że będąc w Grecji jesteśmy w Macedonii?”. Bazując na szkolnej wiedzy z zajęć historii pierwsze skojarzenie z Macedonią to Aleksander Wielki (zwany także nomen omen Macedońskim) i jego ojciec Filip. Macedonia ich czasów niewątpliwie była częścią świata hellenistycznego. Aleksander i jego świta wyruszyli na podbój świata, a dopiero tysiąc lat później w to samo miejsce na Ziemi zaczęli napływać Słowianie, których potomkami są współcześni Macedończycy. Po drodze ziemie te przechodziły w ręce Cesarstwa Rzymskiego, Bizancjum jednocześnie padając łupem Saracenów, Bułgarów, Serbów i Albańczyków. Na długie lata wszystkich pogodziło Imperium Osmańskie zalewając całą południowo-wschodnią Europę, co pozwoliło niepodzielnie kontrolować Macedonię na długie lata. Wszystkie te ludy zmieniały się przychodząc, odchodząc pozostawiając swoje piętno. Niezmienna była tylko ziemia i jej nazwa – Macedonia. Kiedy na przełomie XIX i XX wieku Imperium Osmańskie osuwało się w cień na placu boju pozostało trzech graczy: Serbowie, Bułgarzy i Grecy. Na mocy traktatów kończących dwie kolejne wojny bałkańskie wypracowano porozumienie w oparciu o podział etniczny. Nie obyło się jednak bez przesiedleń zmuszających często członków wspomnianych narodów do przenosin na ziemie przypadające ich krajom. Początek XX. wieku obfitował w podobne rozwiązania nie tylko w tej części Europy. Saloniki znalazły się już wtedy w granicach niepodległej Grecji (choć początkowo roszczeniowe stanowisko zajmowała także Bułgaria). Sytuacja ponownie zaogniła się w wyniku zachowania Jugosławii, która utworzyła Socjalistyczną Republikę Macedonii licząc widocznie na rozbudzenie separatyzmu w rejonie. Zagranie to nie mogło się podobać Grekom, którzy uważają się za jedynych spadkobierców tradycyjnej Macedonii, nie uznając praw innych ludów do spornej nazwy. Po rozpadzie Republiki Jugosłowiańskiej, Macedonia nigdy już nie połączyła się z Serbią utrzymując samodzielne państwo. Za sprawą wspomnianej nazwy nigdy jednak nie zostało ono w pełni zaakceptowane przez Greków co do dziś staje się zarzewiem przygasłego nieco na szczęście dyplomatycznego konfliktu. Póki co rząd w Atenach, utrzymuje nazwę administracyjną regionu „Macedonia” ze stolicą w Salonikach, jednocześnie wykonując działania dyplomatyczne utrzymujące nazwę sąsiedniego kraju jako Była Jugosłowiańska Republika Macedonii. Zdania pozostają podzielone, faktem jest że obok Salonik rozwija się młode państwo Macedonia, a jak nas ostrzegano tematu konfliktu o sporną nazwę w Grecji lepiej nawet nie poruszać…

Widok mocno kojarzący się nam z Salonikami.

Jeśli zapytać mnie dzisiaj, po powrocie z Grecji, co najbardziej zapamiętam z Salonik niewątpliwie odpowiem iż jest to czar spowodowany namacalnością antycznej historii obecnej w układzie ulic, ale przede wszystkim w pozostałych budynkach o wielowiekowej historii rozsianych na różnych obszarach miasta.

Współczesny widok na Rotundę Galeriusza.
Współczesny widok na Rotundę Galeriusza…
... i jej wnętrze.
… i jej wnętrze.

Ciekawą historię ma tzw. Rotunda podobnie jak pobliski Łuk zbudowana na cześć rzymskiego cesarza Galeriusza, jednego z prześladujących chrześcijan. Rotunda miała stać się jego mauzoleum, jednak Galeriusz nigdy nie spoczął w Salonikach, a budynek krótko po jego śmierci przemianowano na… kościół Świętego Jerzego. Tysiąc lat później, w wyniku inwazji Imperium Osmańskiego stał się meczetem by ostatecznie powrócić do funkcji kościoła cerkiewnego.

Widok na Łuk Galeriusza na Egnatii - głównej arterii Salonik.
Widok na Łuk Galeriusza na Egnatii – głównej arterii Salonik.

Wizytówką Salonik znaną ze wszystkich pocztówek jest Biała Wieża nad samym wybrzeżem zbudowana za czasów panowania sułtanów osmańskich, początkowo pełniąca funkcję więzienia, dziś siedziba muzeum. Jednym z najbardziej popularnych kościołów do których trafia większość turystów jest Hagia Sofia z ósmego wieku n.e. (choć w tym miejscu kościół stał już w 3 wieku n.e.).

Biała Wieża (Lefkos Pirgos).
Biała Wieża (Lefkos Pirgos).

Niezwykły klimat oddaje tesaloniczańskie Forum Romanum powstałe w tym miejscu już przed panowaniem rzymskim a odnalezione współcześnie w latach 60. minionego wieku. Forum jest dostępne do zwiedzania za niewielką opłatą.

Nieco inaczej niż w Rzymie, ale Saloniki też mogą pochwalić się swoim Forum Romanum.
Nieco inaczej niż w Rzymie, ale Saloniki też mogą pochwalić się swoim Forum Romanum.
Niewiarygodna mozaika wewnątrz cerkwii Osiosa Dawida.
Niewiarygodna mozaika wewnątrz cerkwii Osiosa Dawida.

O sile antycznej architektury Salonik niezaprzeczalnie stanowią jednak kościoły. Na pewno warto skierować swoje kroki do Bazyliki Świętego Dymitra. My natomiast najlepiej wspominamy wyprawę do cerkwi Osiosa Dawida. Dotarcie wymagało stromego podejścia przez Ano Poli i gdyby nie znaki demaskujące pozycję kościoła (dziś właściwie należałoby napisać cerkwi, choć budowano go w czasach gdy między katolikami nie było podziału zapoczątkowanego przez schizmę wschodnią, stąd tak żonglerka słowna) nie łatwo byłoby go zlokalizować spośród wszystkich budynków ciasnych ulic w pobliżu. Bryła budynku z resztą nie przypomina budowli sakralnej, co było efektem maskowania jego przeznaczenia przed najeźdźcami osmańskimi. Właśnie ten fakt uratował jego największy skarb, ołtarz-mozaikę Teofanii przed rozebraniem jakie stało się udziałem analogicznych dekoracji kościołów w dobie panowania tureckiego. Nam udało się odbyć bardzo interesującą pogawędkę z młodym dozorcą nader chętnie ujawniającym sekrety ołtarza i historię jego ukrycia przed muzułmańskimi najeźdzcami, którzy przez wieki oddawali się modlitwom nieświadomi obecności dzieła ilustrującego objawienie się Boga za swoimi plecami (wprost niewyobrażalne uchybienie dogmatom islamu).

Świetnie zachowane mury miejskie Salonik.
Świetnie zachowane mury miejskie Salonik.
Panorama Salonik widziana z Ano Poli.
Panorama Salonik widziana z Ano Poli.

Wspomniane już podejście do Ano Poli odsłania kolejną gratkę Salonik antyczne mury miejskie ciągnące się na długości niespotykane w innych miejscach. Zdecydowanie warto zacząć błądzić dookoła nich, choćby ze względu na widoki z panoramą miasta roztaczające się z podnóża murów. Kolejnym powodem jest możliwość odwiedzenia ostatniego już kościoła na trasie naszego spaceru po Salonikach, tj. klasztoru Vlatadon, którego obecne budynki datuje się na koniec XIV. wieku. aczkolwiek pierwotne zabudowania sakralne znajdujące się w tym miejscu pamiętałyby czasy św. Pawła. Niestety nie udało nam się wejść do wnętrza klasztoru. Szkoda tym bardziej, że z zewnątrz sprawiał wrażenie budynku jeszcze starszego.

Zabytkowy klasztor Vlatadon.
Zabytkowy klasztor Vlatadon.

Ostatnią perełką, której nie wolno nam było pominąć była nadbrzeżna dzielnica portowa Ladadikia, zapraszająca swoimi knajpkami i tętniąca życiem nocnym. Szczęśliwie udało jej się zachować swój typowo portowy charakter mimo wielkiego pożaru z 1917. roku, który znacząco podkopał jej świetność. Zmożeni nieco zawędrowaliśmy tutaj w poszukiwaniu czegoś pysznego i nie zawiedliśmy się, gdyż Ladadikia daje szeroki wybór od typowo portowych knajp rybnych po uliczne bary z szybką obsługą. Dobry wybór na każdą kieszeń.

Tak zapamiętamy Ladadikię - dzielnicę rybaków i portowców.
Tak zapamiętamy Ladadikię – dzielnicę rybaków i portowców.

Z Salonik uciekliśmy nad ranem, kierując się do Aten. Zdecydowanie, mając wybór, wrócilibyśmy tu ponownie porozkoszować się atmosferą miasta starego, choć nie starodawnego, wielkiego ale pozbawionego przepychu, takiego które nie zaskoczy natłokiem atrakcji, ale też wprawionemu pozwoli na odkrycie fascynujących historii, takim miastem zdecydowanie są Saloniki. Gdyby jeszcze dało się zamówić stereotypowo-grecką pogodę…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *